piątek, 27 lipca 2012

Nowa sukienka + Szpital czyli Moje Macierzyństwo cz. 12

Sukienka wygrzebana w sh, oczywiście za 1zł. Urzekły mnie jej "plecy" ale nie do końca dobrze się w niej czuję, jakoś staro na takie fasony;) Niezainteresowanych cyklem, odsyłam od razu do zdjęć:)
Ten post jak i cały cykl Moje Macierzyństwo ma charakter wspomnień.
Szpital. Kardiolog znalazł w sercu sprawę odbiegającą od normy (wada wcześniaków, zniknęła samoistnie w kolejnym roku), ale nie może ona być przyczyną drgawek, okulista nie miał zastrzeżeń. Holter nic nie wykazał, badania krwi w normie, choroby metaboliczne - na wynik trzeba czekać dwa miesiące.

Na sali syn tryskał radością, podnosił wysoko główkę, zerkając i ciesząc się do młodszej  koleżanki z drugiego łózka. Koleżanka była zbyt mała i zbyt umęczona chorobą i szpitalem na odwzajemnianie tych uśmiechów. Z mamą małej koleżanki, śmiałyśmy się: kto wie, może kiedyś się jeszcze spotkają:)
Na kolejny dzień zaplanowane mieliśmy badanie EEG. Zbudziłam dziecko o 2 w nocy, przeliczam jeszcze raz godziny, wytężam zaspany umysł, badanie o 9, ma zasnąć dopiero na badanie, nie! źle! powinniśmy wstać o 4. Śpimy, 4 w nocy, budzę syna, wychodzimy z sali do świetlicy, teraz daję popis wszelkich swych zdolności, co zrobić by syn nie zasnął do 9 i jednocześnie nie postawił na nogi całego oddziału. Syn o dziwo jest mega radosny i chętny do współpracy, nikt nie cierpi na naszym nocnym zwiedzaniu. Koło 7 oddział się budzi, jest coraz trudniej, nie dać zasnąć dziecku w czasie jedzenia to sztuka. Godzina 8, syn już by chętnie pospał, zawsze zasypiał przy karmieniu (jak pewnie większość 4miesięcznych dzieci) już tylko na to czekał, najeść się i spać. Przemierzamy szpitalne korytarze do gabinetu w którym miało być badanie. Godzina 9, czyli umówiona godzina, syn jest już na skraju, opóźnienie.... każda kolejna minuta to koszmar, nie wiem ile ich było, byłam zła, nie po to dokładnie wyliczam kiedy dziecko budzić, jak karmić, żeby teraz głodne czekało. Swoja złość zachowuje dla siebie. Nasza kolej. Wita nas miła pani. Jeszcze tylko jedna niemiła rzecz, zakładanie czepkopodobnego czegoś na głowę. (Synowi zawsze najbardziej przeszkadza cześć trzymająca pod brodą). Karmienie, uspokajam go, je i zasypia. Pani układa na czepkopodobnym czymś elektrody, podłącza kabelki. Na monitorze śmigają jego fale mózgowe. Miła pani informuje mnie po około 15 minutach, że dopiero  teraz syn głęboko zasnął i mamy odpowiedni zapis. Mijają kolejne chwile, jak pani ręka, wytrzyma pani jeszcze 10 minut, trochę przedłużę badanie. Wytrzymam, przy okazji podpytuje panią co wyczytuje z tych śmigających fal. To lekarz powie, ja nie mogę, ja nie opisuję.. a może jednak, tu robię błagalne oczy, dorzucam przekonująco komplement, przecież jak pani robi to badanie to pani się na tym zna. I już wiem: są zmiany ale nie napadowe. 
Po tym badaniu zaczęli traktować nas poważnie, słowo matki to przecież za mało, rzeczywiście w badaniu wyszły zmiany. Doszła seria pytań o dokładne okoliczności, może jakieś mrygające światła itd.  
Kolejny dzień. Neurolog. Przemierzamy długi podziemny korytarz. Asystuje nam pielęgniarka z oddziału. Wchodzi z nami do gabinetu. Tam spotykamy królową lodu. Kobietę, która nie powiedziała do nas ani jednego słowa podkreślam ANI JEDNEGO SŁOWA, prawie na nas nie spojrzała. Syn tylko ją zobaczył a już prawie płakał, to nie była osoba stworzona do kontaktu z dziećmi (przez jego ponad czteroletnie życie, nie spodobały mu się tylko dwie lekarki - coś w tym jest, bo nam też, te same). Zbadała go, popatrzyła na wynik, naszym pytaniom opowiedziała cisza, głupawe spojrzenie. Do syna rzuciła co się wygłupiasz.
Napisała coś w karcie, poszeptała do pielęgniarki, patrzyłam na nią ale ona nie raczyła spojrzeć na nas.  Wychodzimy. Wyobraźcie sobie jak czuje się ktoś, kto planuje ciąże, dba o siebie, stara się żeby dziecku było jak najlepiej, wierzy, że właśnie tu, właśnie tu w szpitalu mu pomogą a jest traktowany jak idiota, jak gówniara...
Wróciliśmy do sali, syn był zmęczony badaniem, najadł się a przy zasypianiu miał kolejny atak. Przy takich okolicznościach mieliśmy wołać kogoś z personelu. Atak był krótki i widziałam go jednak tylko ja, mąż i współlokatorka z sali, od teraz roztrzęsiona, przerażona współlokatorka. Jej zeznania ze zdarzenia nie pozwoliły już nikomu myśleć, może się mamusi wydaje.
Lekarz prowadzący chyba nie był zadowolony z opinii neurologa, (w skrócie: nie wiem, ale przywalmy mu leki)  zasugerowała, żeby od razu po wyjściu ze szpitala udać się do neurologa - INNEGO NEUROLOGA. Do tej nie miałam zamiaru już nigdy pójść, nawet wyszeptałam synowi po wyjściu od niej nigdy więcej jej nie zobaczysz, nigdy, wierząc w jego zrozumienie dla mych słów. 
Pani neurolog, zwana wcześniej królową lodu zapisała lek. Lek trzeba było podać. Więc radosna pielęgniarka przyniosła małą biała tabletkę, a mój radosny syn obdarzył ją milionem uśmiechów, milionem radosnych piszczących uśmiechów. Te uśmiechy wspominałam potem ze złami w oczach, przez kolejne prawie trzy miesiące nie słyszałam już tego radosnego śmiechu. Wtedy nie miałam dostępu do ulotki leku, pobieżna informacja od pielęgniarki to było mało. 
Zwróćmy uwagę na jeszcze jedną rzecz, królowa lodu zapisała dziecku, które ma troszeczkę ponad 4 miesiące życia tabletki. Po za tym, że wybrała najgorszy z możliwych z tego gatunku leków (ale o tym osobny post) wybrała formę tabletki, gdzie są dostępne inne leki, bezpieczniejsze a do tego w syropie.
Pierwsze podanie, rozpuszczamy tabletkę w butelce, niepowodzenie, nie wszystko przeszło przez smoczek. Dopiero w domu opracowałam metodę jak to podać. (kropla wody na tabletkę, poczekać aż wsiąknie, papkę palcem podać dziecku do buzi). Po drugiej tabletce syn był senny, niemrawy, już nie śmiał się głośno i nie był taki kontaktowy. Do tego doszła lekka gorączka na sam koniec pobytu. Badania dziecka z naszej sali jednoznacznie wskazały rotawirusa. Najpewniej zarażone już na oddziale. Lekarz prowadzący tego dziecka skrzętnie po ciuch i w tajemnicy przede mną, przekazał tę informacje mojej współlokatorce. Pewnie liczył, że się nie dowiem - naiwny.  W zasadzie prawie cały oddział miał rotawirusa. Bałam się, ze mój syn też może się zarazić. Obsesyjnie myłam ręce po każdym dotknięciu klamki, myłam jego zabawki... do czasu, kiedy zobaczyłam jak ręce personelu dotykające dzieci z rotawirusem, nagle dotykają moje dziecko, zanim zdążyłam z siebie wydusić słowo, one już przeniosły miliony małych żyjątek.... Właśnie wtedy zakończyło się moje wielkie utrzymywanie sterylności w domu, nie było szans uchronić go przed wszystkim.
Ciąg dalszy nastąpi....
Musze przy tej okazji wspomnieć o osobach dzięki którym ten pobyt był choć trochę milszy. Po za panią przydzielającą salę i królową lodu pozostałych wspominam neutralnie lub dobrze. Pozdrawiam też moją współlokatorkę z tamtych dni, jeśli to czyta:) Każdemu takiej życzę:)

cdn.
sukienka/dress - second hand 1zł
kosz/bag - (H&M) ok. 40zł
kwiat/flowers - H&M 
buty/shoes - Boot Square

26 komentarzy:

  1. Bardzo udana stylizacja. Sukienka bardzo do Ciebie pasuje.
    Lidka

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam twoj cylk od pierwszego postu i wspolczuje tego, co musialas przejsc.
    Ladna masz dzis fryzurke.

    OdpowiedzUsuń
  3. amazing dress

    OdpowiedzUsuń
  4. Fajna kwiecista sukienka. Kurde, kocham sukienki. Wszystkie, bez wyjątku. No może poza satynowymi bezami. Zagadałam się - Twój letni styl jest super :)

    OdpowiedzUsuń
  5. No tył kiecy rzeczywiście uroczy...:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetna kieca!Pięknie się prezentujesz moja Droga:*

    OdpowiedzUsuń
  7. Wyobrażam sobie jak się czułaś potraktowana w szpitalu, bo bardzo często spotykałam się z takim traktowaniem mnie, mojej rodziny przez personel medyczny. Potrafią pacjenta upokorzyć, oj potrafią. Oczywiście nie wszyscy, ale zdarzają się takie podłe przypadki. Bakterie/wirusy i inne g...a, to raczej nieuchronna sprawa. Jak to mówią, szpital to największe skupisko chorób.:/:/ Brrr.
    Jestem pełna podziwu dla Twojej pamięci, wiadomo, takie rzeczy się pamięta, ale mimo wszystko, opisujesz tak szczegółowo i dokładnie, jakby to było wczoraj.

    Ania, co do sukienki to jest genialna, pamiętam takie z lat 90 ( moje ulubione lata ).Wyglądasz w niej świetnie, więc nie czuj się za staro, tylko noś noś noś ! :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na szczęście tych wyjątków po dobrej stronie mocy jest całkiem sporo. Ja mam wrażenie że bardzo wiele zapomniałam.

      Usuń
  8. Ładna sukienka, ciekawy tył, u mnie też w lecie prawie same sukienki...pozdrawiam...

    OdpowiedzUsuń
  9. trafiłam do Ciebie przypadkiem. czytam teraz co piszesz o swoim dzieciatku i włosy mi stoja na rękach z przerazenia.
    nie wiem ile twoje dziecko ma teraz lat i dlaczego musieliscie przejsc przez taki koszmar. ale ma nadzieje ze juz jest bardzo ok .
    ( nie ma teraz czasu- sama mama małe dziecko- ale w wolnej chwili cofne sie do poczatków twojego bloga)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. minęło już prawie 4 lata i mam nadzieje najgorsze za nami, teraz ma się prawie że świetnie, czekamy jeszcze na małą operację. Nasza historia i tak nie jest aż taka straszna, słyszałam gorsze często z tragicznym finałem typu: dziecko wymiotuję od pół roku czyli to infekcje po śmierci sekcja wykazała niemałego guza mózgu, dziecko sine czyli alergia, okazało się że ma poważną wadę serca, dziecko dziwnie spokojne, nie mówi i nigdy nie patrzy w oczy czyli wyrośnie przecież dzieci tak mają - diagnoza autyzm, szkoda że w wieku 4 lat. I przypadek z rodziny, cud że dziecko żyje bo przecież to tylko kolka, jakieś tam może infekcje - diagnoza martwica jelita, ach te diagnozy. Pozdrawiam

      Usuń
  10. Czytam i czytam i prawie płaczę...

    Sukienka piękna i świetnie w niej wyglądasz

    OdpowiedzUsuń
  11. "mrygające światła" mnie rozwaliły na łopatki. Podobnie,gdy byłam z synem w szpitalu często czułam w pytaniach dezaprobatę lekarzy. Z cyklu: a może ja mu coś zrobiłam? Moim subiektywnym zdaniem nie wyglądam na rodzica patologicznego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Światła mogę jeszcze zrozumieć, drgawki można mieć nawet od jakiegoś koloru ale jak ktoś pytał "paliła pani, piła" albo jeszcze lepiej "upadł pani, pani nim potrząsała"!!! to ręce mi opadały. Z drugiej strony pytania pewnie uzasadnione, przecież na sali na patologi leżałam z ciążową palaczką

      Usuń
    2. ,mrugające światła , nie mają co rozwalac na łopatki,to jest normalne pytanie ,gdyż moga być zwiastunem tzw aurą przed atakiem padaczki,dlatego pytali.
      tak samo muszą zadać pytania,czy mama paliła ,piła,upadła itd - to ważne,aby lekarz to wiedział

      Usuń
    3. pytania są ok, pod warunkiem, że nie są zadawane stwierdzającym tonem typu "a pani to pewnie paliła". Po prawie dwóch miesiącach i wielu godzinach analiz, doszliśmy co wywołuje aurę, ale o tym później:)

      Usuń
  12. już na sam dźwięk słów "szpital" można dostać gęsiej skórki, Twoje przeżycia są szczególnie przygnębiające... to smutne, że trzeba przechodzić przez takie sytuacje...
    co do sukienki - jak dla mnie jest świetna, zgadzam się z Rudą, że przywodzi na myśl lata '90

    OdpowiedzUsuń
  13. spokojnie :) jeszcze dajesz radę z wiekiem na taki fason kiecki :))
    myslęże ona będzie się zmieniać wraz z tym,jakie buty ubierzesz

    OdpowiedzUsuń
  14. Your dress is gorgeous! I am so so so obsessed with the back detail, and the pink bag is perfection! <3 <3 <3

    x
    Lost in the Haze: a Fashion Photography Blog

    OdpowiedzUsuń
  15. śliczna sukienka! fajne wykończenie na plecach! i mega koszyk! sama bym taki chciała!

    OdpowiedzUsuń
  16. Sukienka naprawdę rewelacyjna, a do tego kwiat we włosach i mamy zestaw idealny ;))
    Pozdrawiam i zapraszam

    OdpowiedzUsuń
  17. sukienka świetna! i jak Ci się udało;) ja nie mam niestety szczeęścia do sh.. ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Czytam twój cykl i czytam i włos mi się jeży. Co to był za lek? Nie trzeba było monitorować jego poziomu we krwi? Nie rozumiem, jak mogli Was wysłać tak do domu. Przecież nie ma żadnej gwarancji, że tak małe dziecko przyswoi lek w tabletce - po to są syropy! To już pomijając nawet w ogóle skutki uboczne - rodziców powinno się uczulać na to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. luminal, najgorszy z możliwych pod względem skutków ubocznych lek psychotropowy, nie dość że wysłali nas do domu to jeszcze nie chcieli przyjąć jak mu się pogorszyło, ale o tym już kolejna część

      Usuń

Za wszystkie komentarze serdecznie dziękuję:) :) :)

Autorka bloga nie odpowiada za treść komentarzy zamieszczonych przez czytelników