piątek, 31 stycznia 2014

Konkurs z Moodo, 4 x 200zł dla Was

Ruszamy z karnawałowym konkursem. Mamy dla Was 4 gift karty, każda o wartości 200zł do wydania w salonach stacjonarnych  MOODO.


Zadania i zasady
1.  A. Opisz zabawną sytuację związaną z przygotowaniami do karnawałowej, bądź innej imprezy (ślub, studniówka, urodziny itd. - wszystkie imprezy dozwolone).
Za to zadanie nagrodzę dwie osoby

B. Przyślij zdjęcie swojej  imprezowej stylizacji na lilaanaa@wp.pl
(Stylizacja na osobie)
Za to zadanie także nagrodzę dwie osoby.

Wybierzcie zadanie, w którym czujecie się lepiej lub weźcie udział w obu:)

2. Dodatkowo lubimy:


i



Konkurs trwa od piątku 31.01. do wtorku 04.02.2014 do godziny 23:50.
Wygrywają 4 osoby bony po 200zł od MOODO.
Można brać udział w dwóch zadaniach, zwiększacie tym swoje szanse.
Pod zadaniem tekstowym zostawcie swój adres mailowy.
Ogłoszenie wyników w ciągu trzech dni od zakończenia konkursu.
Na maile zwrotne od zwycięzców czekam 5 dni. Po tym czasie wybieram kolejnego zwycięzcę.

Powodzenia :)


13 komentarzy:

  1. Kilka lat temu razem z przyjaciółkami miałam iść świętować sylwestra do klubu (nie jest ze mnie urodzona imprezowiczka, ale czego się nie robi dla przyjaciół ;p). Sukienki wybierałyśmy tygodnie, dni, godziny, minuty, sekundy – wiadomo zakupy to coś, co uwielbia każdy z nas (może nie mężczyźni ;p). W końcu przyszedł ten wyczekiwany przez nas wszystkie dzień, wiedziałam, że nic nie może popsuć mi humoru… hmm… jednak się myliłam. Gdy znajome po mnie przyszły (ja oczywiście byłam w proszku) powiedziałam im, że zaraz będę gotowa, muszę się jeszcze tylko przebrać. Sukienka leżała na łóżku – to był błąd…. Jako, że moje kochane kotki uwielbiają kłaść się i drapać tam, gdzie nie powinny jeden z nich (Pucia niszczycielka) obrała sobie za cel moją sukienkę… W tym momencie serce mi stanęło nie mogłam wydusić słowa… spojrzałam na kota, on na mnie i tak przez kilka minut wpatrywaliśmy się w siebie.. Kiedy już doszłam do siebie, wystarczyło słowo a kota już nie było (nie zrobiłam mu nic, ale wiedział, co się święci ;p). W tym momencie straciłam całkowicie zapał do świętowania (niby to tylko sukienka, ale trochę mnie jednak kosztowała ciężko zarobionych pieniędzy ;p). Powiedziałam dziewczynom, by poszły beze mnie, bo nie mam zbytnio czasu na szukanie innego stroju, a poza tym nie miałam już ochoty dosłownie na nic. Wtedy kumpelki zrobiły coś, czego im nie zapomnę do końca życia… przebrały się w pidżamy (miały u mnie po imprezie nocować) i powiedziały, że przecież nie musimy iść do żadnego klubu, by się dobrze bawić, wystarczy, że będziemy razem :) Także był to zarazem najgorszy jak i najlepszy ostatni dzień w roku jaki spędziłam ^__^ Domowa imprezka była przednia, wygłupiałyśmy się, obżerałyśmy (z umiarem oczywiście… ]:->). Na końcu pogodziłam się z moim kotem, wiem, że nie zrobił tego specjalnie, po prostu lubi drapać gdzie popadnie (nie mogłam się na niego gniewać, gdy spojrzał na mnie tymi swoimi oczami kota ze Shreka moje serce momentalnie zmiękło). Oto moja historia – zacytuje ‘interesujący’ program telewizyjny – nieprawdopodobne a jednak! ;)

    kujaku.chan91@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Było to przed zeszłorocznymi Walentynkami . Oj tak, pamiętam to do tej pory , z rumieńcem na twarzy . Zakochana po uszy, na jego widok czują te ... motyle w brzuchu . Taka spięta a jednocześnie szczęśliwa . Jedno spotkanie z nim a ja ... odpływam w marzeniach . Toteż gdy zaprosił mnie na imprezę Walentynkową byłam wniebowzięta . Szczęśliwa, uśmiech nie schodził mi z twarzy przez kilka dni, wszystko robiłam na "oślep", o niczym innym nie mogłam myśleć, na niczym nie mogłam się skupić. No i przyszło. Dzień przed Walentynkami zorientowałam się, że tak wiele muszę przy sobie zrobić. No to bach ... Położyłam wszystko na jedną kartę. Poszłam do kosmetyczki na manicure i pedicure. Wyszłam zadowolona i z poczuciem piękna , czułam się jak Miss Świata :) Tak właśnie zadziałał drobny zabieg . No ale nic, wróciłam do domu, przymierzam suknię (taką krwistą czerwień, buciki na obcasie ) , podchodzę do lustra i ... rany, jestem biała jak ściana , pomyślałam. Gorzej niżby mnie kto mąką obsypał. Myślałam, myślałam.... już nie wytrzymywałam, co robić, co za stres... o mały włos nie zgryzłam moich malowanych paznokci. Powstrzymałam się. Wiem... wpadłam na pewien pomysł. Solarium. Pobiegałam do najbliższego . Ubrałam okularki, weszłam... na 10 min . Wyszłam, nie widziałam rezultatu. Wieczorem miałam się spotkać z mym ukochanym, taka przed walentynkowa randka. No i umalowałam się jeszcze w solarium, tak że w domu w lustro już nie spoglądałam. Przyjechał, dzwonek do drzwi, biegnę... otwieram .. a on... w śmiech . Pytam co się stało, co go tak rozbawiło , a on do mnie -"Spawałaś czy co ?" , odrzekałam że nie, a on " to co ci się stało?" . Pobiegłam do lustra ... RAANY ! Co za wstyd , jak ja się mu pokażę na oczy ". Wyglądałam jak nocny spawacz , cała czerwona na środku, odbite okulary (tu solarium mnie nie chyciło) . Popłakałam się, a on widząc moją rozpacz powiedział, że przecież nic się nie stało, że zejdzie . Trochę mnie tym pocieszył. Co prawda z walentynkowej imprezy nici, ale spędziłam wtedy najwspanialsze walentynki w życiu .To był mój pierwszy i ostatni wypad na solarium, więcej już nigdy. Nie muszę ukrywać, że o całej akcji dowiedzieli się wspólni znajomi. Mieli niezły polew, jednak muszę przyznać że ja także. Tak nawiasem do tej pory śmiejemy się że zamiast na imprezę walentynkową powinniśmy zorganizować i iść na imprezę Einstaina , pasowałabym tam jak ulał.

    Czasem największe nasze starania,
    mają chwilę dla nas zestresowania,
    budzą emocje , wstrząsają nami,
    czujemy się wtedy tacy zafascynowani.
    Mi się ta sytuacja taka przytrafiła,
    teraz to ona mnie już bawiła .
    edka767@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Moja historia wydarzyła się dobrych kilka lat temu na mojej Studniówce. Wszystko sobie idealnie zaplanowałam, byłam niesamowicie zadowolona z makijażu, fryzury, butów, a najbardziej z pięknej sukienki. Była na cienkich ramiączkach, dość obcisła w kolorze zgaszonej czerwieni. Jedynym mankamentem był niestety mój biust, który jest dość duży i opcja z silikonowym biustonoszem nie wchodziła w grę, ja jednak się nie poddawałam i postanowiłam, że założę normalny biustonosz z silikonowymi ramiączkami ( tak wiem, że są paskudne:D). Od razu czułam, że przy moim biuście to rozwiązanie może być ryzykowne, ale skoro inne dziewczyny tak się noszą, to i u mnie będzie na pewno ok. Kiedy wsiadałam do samochodu poczułam, że coś jest nie tak, sukienka stała się niewygodna, coś mnie uwierało i zdecydowanie czułam się już niepewnie... Kiedy już dotarliśmy na miejsce z przerażeniem odkryłam, że plastikowe elementy ramiączek zwyczajnie się połamały, a mój biustonosz jest o jedno piętro niżej, a nawet znajduje się na parterze. Do dzisiaj pamiętam to przerażenie, prawie płacz, kiedy wszyscy ustawiają się do Poloneza, a ja nerwowo z rąk robię prowizoryczny stanik :D Ostatecznie okazało się, że koleżanka miała zapasowe ramiączka, które zdecydowanie były lepszej jakości i uratowały mnie w ta ważną noc! Wspominam to teraz ze śmiechem, ale gdzieś z tyłu głowy nadal tli się to przerażenie...

    zanka88@onet.eu

    OdpowiedzUsuń
  5. Zbliżał się wymarzony ślub mojej siostry. Miałam być świadkową (wiadomo trzeba było wyglądać nadzwyczaj dobrze bo wszystkie oczy zwrócone były w naszym kierunku) . No i tak .

    Kilka dni przed weselem zaczęłam przygotowania,
    panika, płacz - " nie mam nic odpowiedniego do ubrania",
    wtem na pomoc ruszyła koleżanka, suknię pożyczyła,
    która tak pięknie, dokładnie moje ciało otoczyła .
    Była boska, kolor wrzosu, pięknie dopasowana ,
    w takiej sukni czułam się kobieco , nowocześnie, "podrasowana".

    W dzień wesela suknię na łóżku wraz z dodatkami położyłam,
    zamknęłam pokój, jednak psa pod łóżkiem nie zobaczyłam.
    Wracam, aż za głowę się chwyciłam i zaczęłam krzyczeć,
    potem szaleć, śmiać się, wpadać w depresję, ryczeć.
    Cała suknia w łapki odbite przez psa (który łapki umaczał w pomadce),
    do tej pory nie mogę zapomnieć o tej wpadce .
    Weszła siostra i przerażona pytała mnie co się stało,
    rzekłam do niej, "na sukience coś , patrz powstało ".
    Ona wybuchła śmiechem , "przynajmniej równo odbite",
    piesek miał "wprawę", kolory w tkaninę były wbite.

    Ową sukienkę założyłam, nikt się nie zorientował. A my z siostrą całe wesele śmiałyśmy się jak oszalałe . Za sukienkę co prawda musiałam zwrócić koleżance pieniądze, ale do tej pory jest ona dla mnie symbolem niezapomnianej nocy, świetnej zabawy ! Sukienka w "łapki" była chyba magiczna, bo przez to ciągłe uśmiechanie , nastąpiło księcia przywoływanie , księcia którego poznałam na weselu a którego zauroczyła moja sukienka . Pozdrawiam 56manka@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Był sobotni chłodny, a zarazem bardzo rześki poranek rozpoczynający mój wymarzony bal studniówkowy, na który czekałam od bardzo dawna. Obudziłam się rano z poczuciem, że zaspałam (bo często mi się to zdarza), a nie mogłam sobie na to pozwolić bo byłam umówiona do fryzjera na godzinę dziewiątą. Rzuciłam szybko okiem na budzik i spostrzegłam, że zleciał z szafki nocnej na podłogę i wskazywał już 11:05 ! Przeraziłam się bo to oznaczało, że będę musiała iść na bal w 'ulizanej' fryzurze. Zerwałam się z łóżka jak poparzona, ubrałam się jak najszybciej mogłam z nadzieją, że jednak fryzjerka znajdzie dla mnie trochę czasu...Tuż przed wyjściem biorąc torebkę podniosłam z podłogi budzik odkładając go na swoje miejsce i wtedy... zorientowałam się, że budzik po moim przebudzeniu wskazywał godzinę 05:11. Uśmiech pojawił się na mojej twarzy, a z obawy, że to się może powtórzyć tego dnia już nie zmrużyłam oka. U fryzjera zjawiłam się punktualnie - wyszłam od niego z piękną fryzurą idealnie pasującą do mojej miętowej balowej sukni. Bal studniówkowy był jak z bajki, a ja od tego dnia jeszcze ani razu nie zaspałam :)

    anka32a@gmail.com

    Dodaję jeszcze raz, gdyż we wcześniejszym wpisie (w ostatnim zdaniu) zamiast bal "studniówkowy" przez pomyłkę napisałam sylwestrowy :) Mam nadzieję, że to nie kłopot...

    OdpowiedzUsuń
  8. Dwa tygodnie temu przygotowywałam się do urodzin mojej koleżanki, na które miałam iść z Sebastianem chłopakiem, który od dawna mi się podobał (miał przyjść po mnie do domu). I tak nie mogąc zdecydować się jaką sukienkę założyć zaczęłam się troszkę wygłupiać i tak dla żartu ubrałam sukienkę mojej babci (długa obszerna suknia w kwiaty wyglądająca jak z przed wojny, wyglądałam w niej komicznie) i przed lustrem zaczęłam śpiewać "Jesteś szalona, mówię Ci...", a tu nagle zza drzwi wychyla się Sebastian z uśmiechem od ucha do ucha. Zrobiłam się czerwona jak burak, a on widząc to powiedział, że jestem naprawdę szaloną dziewczyną i jemu bardzo się to podoba. Później pomógł mi wybrać ekstra sukienkę i razem wyruszyliśmy na urodziny (już jako para), na których bawiliśmy się przednio. Oby więcej takich wpadek ! :)


    E-mail : moniaaa777@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  9. W tamtym roku w październiku brałam ślub cywilny,przygotowania przed ślubem trwały pełną parą-kosmetyczna,makijażystka,odbiór sukienki z pralni-bo sama bym jej nie wyprasowała,a nie była to tradycyjna biała sukienka,a brzoskwiniowa suknia aż do samej ziemi:) W dniu ślubu nie spałam już od 5 rano,trzęsłam się strasznie,bałam się,że coś nie wyjdzie i rzeczywiście moje obawy się sprawdziły::(-dziś się z nich śmieje:)ale wtedy nie było mi tak bardzo do śmiechu.Zaczęło się od fryzjerki-zrobiła mi barana na głowie-moja rodzina się śmiała aż ich brzuchy bolały,ale z pomocą przyszła siostra która z pomocą pianki,prostownicy wyczarowała mi fajną fryzurkę i baran poszedł do diabła:) Najzabawniejsza sytuacja była dopiero przede mną:) W moim mieście w Urzędzie Stanu Cywilnego na posadce są gładkie kafelki,jak szliśmy na górę do sali,gdzie składa się przysięgę było wszystko ok,ale jak już po wzięciu ślubu,z całego tego szczęścia i radości zapomniałam,że trzeba uważać na tych głupich kafelkach i wyobraźcie sobie schodząc ze schodów wywaliłam orła,mąż mnie podnosił,a ja zamiast płakać śmiałam się-hee.Nie odbyło się bez wizyty na pogotowiu-dzięki Bogu miałam tylko zwichnięcie nogi,na przyjęcie weselne dotarliśmy z mężem później,goście czekali na nas dzielnie i obiad zamiast o 14 jedliśmy o 17.Na swoim weselu nie zatańczyłam ani razu-trochę żałuję,ale jak mówią goście,którzy byli obecni w Urzędzie dostarczyłam im wielkiego stracha,a jednocześnie wielkiego śmiechu:) Dziś śmieję się z tej sytuacji:) Jak mówi moja mama było przynajmniej wesoło i to będzie niezapomniane wesele-teraz jak myślę o tym wszystkim mówię sobie,że w życiu nie da się niczego przewidzieć.Mam nadzieję,że na mój ślub kościelny kafelki w kościele nie będą gładkie:)Pozdrawiam pechowców:) buziaki
    fantaghiro@onet.eu

    OdpowiedzUsuń
  10. Ważną kwestią w tej historii jest opowiedzenie o moich brwiach. Matka natura podarowała mi zamiast pełnego biustu, długich nóg czy gęstych i podkręconych rzęs, idealne brwi. Rosną sobie same, równe, piękne, bez potrzeby ich regulowania, malowania czy depilowania. Nigdy w życiu z nimi nic nie robiłam.
    Tak więc przygotowuję się do wyjścia. Wiadomo, odpowiedni strój, włosy no i makijaż. Jestem gotowa. To co widzę w lustrze podoba mi się. Kilka dni prędzej ścięłam grzywkę tak, że moje brwi zostały odsłonięte. Patrzę więc w te lustro i patrzę, dochodzę do wniosku, że jednak ten jeden włosek co wystaje poza linię brwi nadaje się do usunięcia. Wygrzebuję pęsetę. Głowę przysuwam do lustra, by dobrze widzieć. W pełnym skupieniu chwytam nieszczęsny włos. Mocno ciągnę.
    15 min później zamiast na imprezie znajduję się na pogotowiu chirurgicznym. 45 min później kończę z trzema szwami i okropnym bólem głowy.
    Nie byłam gotowa na taki ból. Przy pociągnięciu pęsetą, moja głowa odbiła do tyłu, by po chwili z całym impetem uderzyć w lustro. Tak, przygotowując się na imprezę, rozwaliłam prawy łuk brwiowy o lustro.
    Morał z tego jest jeden, a właściwie dwa. Nie upiększaj tego, co jest piękna. Zwłaszcza przed imprezą.

    halina_26@onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  11. Moja przyjaciółka postanowiła, że na jej ślubie będą trzy druhny w identycznych sukienkach, niemalże jak z amerykańskiego snu każdej panny młodej. Ja zostałam własnie jedną z tych szczęśliwych druhen. Sukienki kupiła nam "na oko" przyszła panna młoda i jak trudno się domyślić rozmiar niestety był nietrafiony. Sukienkę więc zaniosłam do krawcowej i diabeł mnie chyba podkusił, aby zwęzić ją nieco więcej z zamiarem natychmiastowego zmniejszenia wagi. Ciągle tyję i zrzucam kilogramy więc byłam pewna, że na pewno kiecka będzie jak na mnie szyta. Przymierzyłam ją i leżała idealnie, więc z zachwytem przeglądałam się w lustrze, a potem kieckę wrzuciłam do szafy. Tuż przed ślubem zaczęłam się ubierać i z przerażeniem odkryłam, że sukienka jest na mnie po prostu za mała. Nie mogłam jej na siebie wcisnąć. Pamiętam, że stróżki potu zaczęły płynąć mi po twarzy, ręce mi się trzęsły, serce biło jak oszalałe. Musiałam zdjąć biustonosz i na siłę wciskać sukienkę, która okropnie opięła się na ciele i podkreśliła każdą fałdkę. Wyglądałam jak w kokonie i nie mogłam nawet usiąść. Tej głupoty wstydzę się do dzisiaj, ale całe szczęście ślub wyszedł wspaniale, panna młoda wyglądała cudownie, a ja w swoim kokonie podobno nie rzucałam się w oczy :D

    ewabi66@onet.eu
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
  12. Mariola
    mariola.wisnie[małpa]gmail.com

    Dzień zaczął się pięknie. Miałam iść na urodziny koleżanki. Nic nie zapowiadało jednak dramatycznego zakończenia… Jak zwykle zabiegana i spóźniona, po całym dniu pracy miałam bardzo mało czasu na zrobienie makijażu na wieczór. Szybko złapałam kosmetyki, umalowałam się i wybiegłam z domu. Już wtedy powinnam spostrzec, że coś jest nie tak. Byłam jednak zbyt zaaferowana tym, gdzie się udaję. Będąc na miejscu, zziajana wpadłam na salę. Impreza już się zaczęła. Jej, to tylko spóźnienie, nie musicie tak na mnie patrzeć –przeszło mi przez głowę. Ukradkowe spojrzenia w moją stronę i chichoty sprawiły, że moje zdziwienie przeszło w zażenowanie. Domyśliłam się, że coś jest nie tak z moją twarzą. Pobiegłam do łazienki, a tam… ujrzałam potwora! Okazało się, że zamiast czerwonej kredki do ust użyłam czarnej do oczu. Wyglądałam, jakbym dopiero co uczestniczyła w czarnej mszy i piła krew. Od tej pory przylgnęło do mnie określenie Wamp. Teraz wiem, że pośpiech to zły doradca :)

    OdpowiedzUsuń

Za wszystkie komentarze serdecznie dziękuję:) :) :)

Autorka bloga nie odpowiada za treść komentarzy zamieszczonych przez czytelników