czwartek, 30 stycznia 2014

Operacji ciąg dalszy - czyli Moje Macierzństwo cz. 26

poprzednia część TUTAJ, całość cyklu TU
Wstaję, serce bije za szybko i za mocno. Oczami wyobraźni już widzę moje małe dziecko z rurka od respiratora, śpiące.
Lekarz podaje fartuch
-założy pani i pani usiądzie
Zakładam zielonkawy szpitalny fartuch, wcale nie mam zamiaru siadać, lekarz ciągnie dalej
- czasami tak bywa....
Czasami tak bywa! czasami tak bywa? Jakie czasami tak bywa, czy matce, której dziecko nie wybudza się po operacji mówi się czasami tak bywa,
czy mówi się zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy. I mina lekarza coś za bardzo zadowolona i jednocześnie zmieszana. Lekarz dalej dusi słowa
- pani jest bardzo wrażliwa?
- mąż czy dziecko?
pytam szybko
- mąż
- to idziemy

Duża sala, wiele łóżek, w powietrzu specyficzny szpitalny zapach, w zasadzie nieco inny, taki... operacyjny. Na jednym końcu mąż opanował łóżko (raz w życiu każdemu ma prawo się zrobić słabo), pośrodku sali nasza mała zwinięta płacząca kulka z rękami zatykającymi uszy. Policzki całe we łzach, na uszach pozostałe mini kropeczki z niedawno co otartej krwi. Podchodzi inny lekarz.
- Dostał dużo leku znieczulającego, ale to był bardzo rozległy drenaż, bardzo źle już było, spróbuje go pani uspokoić
Syn płakał i dociskał moje dłonie do uszu, myślałam tylko o tym kiedy przestanie go boleć, ile to będzie trwać. Lekarz kręcił się po sali od dziecka do dziecka
- Może by pan doktor dał mu jeszcze czegoś na ból
- On naprawdę dużą dawkę dostał hm...
Nikt nie lubi patrzeć na małe cierpiące dzieci, narada w końcu sali. Podchodzi pielęgniarka ze strzykawką. 
- dostanie dodatkowy lek
Po chwili syn się uspokoił i zasnął. Spał spokojnie. Trzymałam go za rączkę. 
- o nie pan nie wstaje! z końca sali dobiegł głos lekarza. Mąż uległ jego sugestii. Jeszcze na chwile. Mijały minuty. Na sali pojawiały się nowe dzieci. Inne wracały na oddział. Obok pojawił się mój mąż.
- jak się obudzi i będzie tak samo?

Jedno z nas miało zaczekać z dzieckiem jeszcze kilkanaście minut, drugie poczekać na korytarzu. Kieruję się w stronę drzwi. Za nimi kilka par oczu wpatrzonych pyta "co się stało"
- jest dobrze...
Znów czekam. Kolejne osoby ze skórą wypaloną laserem. Do dziś nie wiem po co i w jakim celu. Otwierają się drzwi, wyciągam szyję, nie ta pidżamka, jeszcze chwilę. W końcu łóżko z moim dzieckiem. Pozbywam się fartuszka. Jedziemy.

9 piętro. Niektóre dzieci radośnie biegają po korytarzu. My siedzimy, wpatrujemy się w śpiące dziecko. Mija godzina, budzimy go. Opornie wstaje i...
I nic. Nic już nie boli. Nasz stres opada. Serce robi się lżejsze. Czuje jak wyzbywam się czegoś ciężkiego, co ważyło realne kilogramy. Właśnie poczułam się głodna. Bardzo głodna. Wstaliśmy o wiele wcześniej niż zwykle. Do tej pory żadne z nas nic nie jadło. Ustalamy kolejkę obiadową. Syn siedzi lekko skołowany. Jego obowiązuje dieta, przynajmniej jeszcze dwie godziny. Nie obyło się bez zwrotu tej lekkostrawnej diety. Po zwrocie wstąpiła w niego nowa energia. Energie trzeba gdzieś spożytkować. Najlepiej z kolegami, najlepiej na korytarzu. Oddział "jednego dnia" różnił się od pozostałych. Nie było obszernej świetlicy, jadalni ani sali lekcyjnej. Był kącik zabaw, zabawek starczyło dla wszystkich.
I okna. Z okna w sali można było policzyć odjeżdżające po ośnieżonych ulicach autobusy. Można było zgadywać w jakim kolorze przyjedzie następny samochód. Z okna korytarza, o to było bardzo oblegane, rozciągał się widok na część Warszawy. Nie był tak spektakularny jak z oddziału neurologicznego, bo nie całościowy. Rozświetlone centrum, mosty.

Syn miał się bardzo dobrze. Dzieci bawiły się radośnie jak by już zapomniały co spotkało ich rano. Zmiana w jego oddychaniu była natychmiastowa. W końcu po wielu miesiącach oczekiwania mógł oddychać nosem.
Nadchodził wieczór. Na oddziale zostaje jedno z nas. Na upartego nikt nie zabronił by zostać dwojgu rodzicom, tylko po co. Moja choroba błagała o sen. Wybieram się do rodziny. Autobus 190. Międzylesie było skąpane w śniegu. Mokotów żył swoim życiem. Wyraźnie cieplej, bez choćby drobinki śniegu. Przystanek Morskie Oko.
A nie! Wróć. Wcale nie Mokotów. To nie tym razem, gdy byliśmy na neurologi sytuacja było podobna. Morze śniegu w Międzylesiu, ten sam autobus, tym razem inny przystanek. Gocław. 
W zasadzie powinna być już wiosna. Wszyscy jej oczekiwali. Zamiast tego śnieg, mróz. Zima 2013 wyjątkowo nie chciała odpuścić.

Rano wypis. Zalecania na kolejne dni. Nie jeść gorącego, kwaśnego. Chronić uszy przed wodą. Lody wskazane. Ten przykaz dziecię z chęcią uskuteczniało. W uszach zostały dreny, które mają się dobrze i jeszcze 3 miesiące temu tam były. Czy dziś są? Może niepostrzeżenie wypadły. Okaże się na kolejnej wizycie. Jak uda nam się zapisać. Terminy dziwnie wydłużone. Czy to jest ten cudowny plan NFZ na ratowanie Centrum Zdrowia Dziecka? Miał  też pozostać w domu do wizyty kontrolnej. Żeby nie złapać jakiegoś wirusa.
Jeszcze tylko opłacić pobyt nocny rodzica i ruszamy w drogę, zahaczając o rodzinę w Warszawie.
Syn pobyt wspomina miło.
Pielęgniarka, która go zabrała pokazać misia, za kilka sekund przyłożyła mu maskę. Film się urwał. Bez stresu, nawet nie musiał patrzeć na wbijanie wenflonu. Obudził się już przy tacie. Efekt operacji czuć i słychać. Syn stwierdził radośnie, że słyszy nas lepiej i bardziej. W jego oczach Służba Zdrowia jawi się Wzorowo.


Wizyta kontrolna. Ci sami rodzice, te same twarze. Tym razem radośniej, bez stresu. Luźno płyną rozmowy. Mija prawie rok od operacji. Infekcji zdecydowanie mniej. Astma odpuszcza. Synowi o wiele łatwiej porozumieć się z innymi, w końcu ich słyszy :) W końcu śpiewa nie myląc słów piosenki.

9 komentarzy:

  1. :) Fajnie. My przed świętami pozbyliśmy się drenów :) Taki prezent pod choinkę :D I też jest lepiej z Anią pod względem chorowania. Anka też się nie wybudziła po operacji sama, godzinę jeszcze na pooperacyjnej leżała, a potem jak już ją wybudzali tak farmakologicznie to wpadła w panikę....a ja stałam jak ta sirota za tymi drzwiami i w sumie cieszę się , że mnie nie wpuścili na pooperacyjną, bo tak na korytarzu to nie chciałam płakać i jakoś przeszło,a jakby mnie wpuścili to pewnie bym tam oszalała :D. A szybko zaczął jeść Twój syn po operacji??, nam Ania 24 h nic nie wypiła , a dwa dni nie jadła. Nie dała rady. Już po dwóch dniach po prostu ją zmusiłam i chyba mnie to bardziej bolało niż ją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój godzinę po wybudzeniu zaczął jeśc i pić. Wieczorem najadł się jak szalony. A Ania miała wycinane migdałki gardłowe czy trzeci, jak gardłowe to pewnie dlatego nie chciała jeść. Czy trzeci, z tego co pamiętam trzeci, tak?

      Usuń
    2. Jednocześnie miała dreny zakładane, wycinany cały trzeci i gardłowe oba przycinane - taki pakiecik :D Jeju ale dobrze, że to jakoś człowiek daje rade przetrwać :)

      Usuń
    3. Aaa to przez te gardłowe jej się jeść odechciało, biedna.
      Ale już za nią. I oby nie odrastały.
      Z nami były dzieci, którym po dwóch, trzech latrach migdałki znów odrosły.

      Usuń
  2. uff
    więcej stresu niż to warte, w życiu często tak jest :)

    pozdrawiam
    K.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przechodzilismy to samo w sierpniu... Alanek na swoje 4 urodziny dostal w prezencie operacje, wszystkie 3 migdaly nie nadawaly sie do dalszego "uzytkowania", ale zgodzilam sie tylko na usuniecie 3 i przyciecie obu gardlowych. Namawiano mnie takze na dreny, ale pani doktor zasugerowala, ze plyn moze ustapic sam, wiec zaryzykowalam i sie nie zgodzilam. Wybór byl na szczescie dobry :) Od 6 mcy moje dziecko nie choruje, nie dusi sie w nocy, nie dlawi na kawalkach jedzenia, a przedewszystkim slyszy co przelozylo sie na duza poprawe w rozumieniu i wymowie, a ja w koncu tez moge spac w miare spokojnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. My też przygotowywaliśmy się na drenaż uszu, ciągle stany zapalne, tympanometria za każdym razem zła...w końcu na videootoskopii wyszło, że płynu nie ma, drenów nie będzie, niedosłuch wrodzony, tak zostanie. Ale rozumiem, co przeżywałaś, dobrze, że teraz małemu jest lepiej. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  5. współczuję Ci tych przeżyć...pamiętam jak mój syn chorował, to ja razem z nim..człowiek wszystko by zrobił, żeby dziecko było zdrowe i nie cierpiało...dobrze, że już po wszystkim:)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeczytałam cały cykl. Powinnam była go przecztać 20 lat temu, ale Ty wtedy go jeszcze nie pisałaś :-) Szacunek. Dla Ciebie. I dla męża. Szacunek... A Wasz mały to śliczny chłopczyk... Pozdrawiam serdecznie. Hania bania

    OdpowiedzUsuń

Za wszystkie komentarze serdecznie dziękuję:) :) :)

Autorka bloga nie odpowiada za treść komentarzy zamieszczonych przez czytelników